Blog > Komentarze do wpisu
Co można zmienić w polskich szkołach?
Ostatnio wpadłem na świetny tekst o tym co można zmienić w polskim systemie edukacyjnym, tekst został trochę ogólnikowo napisany i szkoda że dotyczy tylko edukacji na poziomie podstawówki, gimnazjum oraz liceum, ale spodobał mi się, więc zamieszczam.

Można w nich zmienić bardzo wiele i bardzo szybko. W dostatku nie trzeba ponosić zbędnych kosztów, wystarczy tylko bardziej efektywnie wykorzystywać zasoby i usprawnić pewne procesy. Ale po co zmieniać to co jest dobre (dla wszystkich, tylko nie dla ucznia)? Bo zmiany oznaczają postęp, a postęp oznacza lepszą przyszłość. Dlaczego więc zarządcy placówek edukacyjnych do stopnia średniego nie potrafią skutecznie wprowadzać pożądanych zmian, a skupiają się tylko na działaniu doraźnym?

 

Problem nie leży tylko w zarządzaniu poszczególnymi placówkami, ale też w budowie systemu polskiej edukacji. Dlatego zanim zacznie się wprowadzać poważniejsze zmiany w szkołach trzeba zreformować system. I to nie w taki sposób, jak to się robi obecnie, zmieniając zakres materiału egzaminu maturalnego, czy ciągłość nauki na zajęciach historii. Tu trzeba fundamentalnych zmian i określenia pewnych zasad. Niestety jest to obecnie niemożliwe, ze względu na brak chęci ze strony ustawodawcy. Niemniej jednak niektóre zmiany da się wprowadzić bez ingerowania w prawo. O tym właśnie jest ten artykuł. Dlatego postanowiłem przedstawić listę najważniejszych zmian, które (moim zdaniem) trzeba przeprowadzić zarówno na szczeblu ustawy jak i można je przeprowadzić w konkretnych placówkach edukacyjnych. Mam nadzieję, że większość z nich za jakiś czas zostanie wdrożona do systemu szkolnictwa, co z pewnością zwiększy jego efektywność.

Zmiany, które trzeba wprowadzić w systemie edukacji

1. Podejście do ucznia – powinno być kompletnie inne. Moim zdaniem ucznia (a raczej jego rodziców) trzeba traktować jak klientów, a nie kogoś, kto i tak musi skorzystać z usług edukacji. Niektórzy myślą, że edukacja jest bezpłatna, więc uczniowie mają się podporządkować bez żadnych sprzeciwów. Otóż, za edukację młodego pokolenia płaci starsze pokolenie (nie tylko rodzice) w formie podatków. Dlatego mamy prawo domagać się gospodarności w zarządzaniu tymi pieniędzmi. Niestety system redystrybucji nie pokazuje prawdziwego płatnika. Gdyby rodzice płacili bezpośrednio szkołom cała sytuacja wyglądałaby inaczej i zarządcy musieliby się liczyć z klientami. Dobrze wygląda to na przykładzie szkół językowych – płacisz i usługa zostaje wykonana, a gdy masz jakieś zastrzeżenia wystarczy krótka rozmowa rodzica z dyrektorem, aby problem został rozwiązany. Gdy w szkole publicznej rodzic chce rozwiązać jakiś problem… w każdym razie jest to wielkie oburzenie, że „(…) ktoś ma czelność przychodzić, bo niby jest jakiś problem. Jaki problem? U nas nie ma problemów.”.  Gdyby szkoły zgodnie z zasadą wolnej konkurencji musiały się starać o pieniądze potencjalnych uczniów i nie dawałoby to gwarancji, że wybiorą oni tę placówkę na cały cykl edukacyjny, to uczniowie mogliby być traktowani jak np. w salonach operatora telefonii komórkowej – indywidualnie. To jest o wiele lepsze podejście, wytwarza więź pomiędzy dostawcą (marką) a odbiorcą.

2. System finansowania placówek – może zrobienie czegoś na wzór OFE z systemu edukacji byłoby nieodpowiedzialne, ale system śledzenia pieniędzy konkretnych podatników (rodziców) powinien być. Wtedy można by zrealizować postulat pierwszy – wiadomo, kto płaci. Poza tym finansowanie powinno być rozłożone na dwa stopnie: podstawowy (ilość pieniędzy na jednego ucznia jest stała dla wszystkich placówek) i dodatkowy (dodatkowe pieniądze dla najbiedniejszych palcówek, dla zdolnych uczniów, za jakość obsługi – oceniane niezależnie). Dzięki temu efektywniejsze placówki dostaną więcej. A efektywność oznacza lepsze traktowanie ucznia i rodzica a także wydajniejszy proces nauki.

3. Podstawa programowa – o niej można dużo mówić. Może po prostu powinna być bardziej spójna? Bo w realnym świecie „program” to jedno, nauka to drugie. Dla nauczycieli ważne jest, aby zrealizować „podstawę” i nic więcej. Uczniom zależy tylko na wiedzy, która przyda się w życiu. A obecnie są bombardowani informacjami, które nie mają żadnego odniesienia do rzeczywistości, a prawdopodobieństwo ich wykorzystania w przyszłości wynosi statystycznie ponad 1:10.000. Są przecież, gdzieś granice ogólnego kształcenia. Ogólnie oznacza ogólnie a nie dokładnie. Szczególnie, gdy są to już ostatnie lata edukacji w systemie szkół. W dodatku podstawa programowa na każdy rok powinna (moim zdaniem) być homogeniczna dla całego okresu edukacji i jednocześnie podzielna, co oznacza, że każdy rok można zrealizować w innej placówce bez ponoszenia nakładów na nadrabianie braków wiedzy.

4. Restrukturyzacja personelu – coś, co powinno być już dawno zrobione. Przede wszystkim należy podnieść wynagrodzenia nauczycielom. Powinni zarabiać co najmniej dwa razy więcej, jeśli chcemy, aby jakość świadczonych przez nich usług była wysoka i aby angażowali się w swoją pracę. Bo jak do tej pory to „pensja” nie zachęca do niczego, a przecież powinna być elementem motywującym. Po drugie należy odmłodzić kadrę. Młodzi ludzie mają większe szanse na zrozumienie młodzieży i są w stanie efektywniej przekazywać swoja wiedzę. Osoby starsze i młodzież łączy zbyt duża luka wiekowa, aby mogli oni efektywnie współpracować. Poza tym „stara gwardia” mimo swojego doświadczenie nie zawsze jest nastawiona na współpracę, a raczej na „poddanie się ich woli”.

 

Źródło:

http://blog.viixpublish.info

Autor:

Mateusz Niewiński

poniedziałek, 15 lutego 2010, heayah20